Miłość do Gesslera to dobra miłość! Warszawa Wschodnia to dobry kierunek.

Nie było mnie bo jadłam! 😀 Raz lepiej, raz gorzej ale kulinarna, warszawska ścieżka jest coraz mocniej wydeptana. Dziś raczej skupię się na chwaleniu, robieniu dobrze i podniebiennym podbojom wartych uwagi. Niebawem pewnie pojawią się też miejsca, w których średnio przyjemne jest zostawianie swoich złotych monet. Nie przeciągając, w robieniu dobrze doskonale sprawdza się tutaj Matusz Gessler. A uściślając to Warszawa Wschodnia właśnie!

Miłość do Mateusza pojawiła się wraz z pierwszym kęsem przygotowanej przez niego bezy. Miałam okazję poznać go osobiście na warsztatach kulinarnych, gdzie odgrywał rolę mentora. Oprócz wspólnego pichcenia, jedliśmy przygotowaną wcześniej przystawkę, a na końcu deser w postaci wspomnianej już bezy. Paradoks jest taki, że bez nie lubię. Tym większe zaskoczenie kiedy prawie zaczęłam jęczeć wkładając widelec do buzi. Kiedy zaczynam coś jeść, a oczyma wyobraźni widzę fajerwerki wiem, że jestem w dobrym miejscu i mnie tutaj nie skrzywdzą. Warsztaty super sprawa, polecam szczerze każdemu.

warsztaty kulinarne
Jestę masterszefę 😀

(PS. Było też sporo wina odpowiednio dobranego do potraw. Także, jeśli jest opcja wybrania takiego kombo, to śmiało, już, już!)

Do rzeczy. Czym Warszawa Wschodnia zachwyca? Jak powiem, że wszystkim to nie będzie tu grama przesady. Lokalizacja na Warszawskiej Pradze w Socho Factory  jest chyba najlepsza z najlepszych. Klimat tamtego miejsca już zachęca cię do kolejnych odwiedzin. Jedzenie tylko to potwierdza.

Czerwona cegła, chłodne, niewykończone budynki, a w środku wspaniała obsługa i fortepian w kącie. Obok inne restauracje więc jest wybór jakby coś komuś nie siadło 🙂 Chociaż szczerze wątpię.

Przystawka

Na przystawkę wjeżdża bób w głównej roli. Już jakiś czas za mną chodził, chodził i wychodził. Na talerzu pojawił się w postaci panierowanych kulek. O takich właśnie:

Kuliki z bobu

Trochę obawiałam się, że będą suche, może trochę mdłe… Nic z tych rzeczy! Rewelka w postaci sosu jest tu nie przypadkiem. Pod delikatnym naciskiem widelca, kulka rozpada się na mniejsze kawałki. Podana obok sałata z wyśmienitym winegretem dopełnia całości. Niby pierdoła i niby nic – a jednak duże COŚ! Jak mój „nie warzywny” i „antystrączkowy” wybranek mówi „Daj mi trochę. Tak to można mnie oszukiwać” to znaczy, że coś jest na rzeczy. I nagle talerz ląduje po drugiej stronie stołu, by za chwile nic już na nim nie było. Takie życie. Walka o bób…

Danie główne

Tutaj nie miałam szczególnej zagwozdki. Dostrzegając faszerowaną paprykę, wybór dokonał się sam. W menu nie jest napisane z czego składa się farsz. Dopytując kelnera okazało się, że mięsa tam nie zaznam, natomiast pojawi się komosa ryżowa, soczewica, kukurydza i coś tam coś tam, już nie słuchałam bo zostałam kupiona jakoś w między czasie.

Papryka

Ja, jako warzywo i trawożerca byłam bardzo zadowolona ze swojego wyboru. Luby wybrał klopsiki w sosie pomidorowym. Jest to główny element dania, do którego można sobie wybrać dodatki. Standardowa propozycja to lane kluseczki ze wstążkami karmelizowanej marchewki. Kompozycja idealna! Ja bym tu nie cudowała, tylko brała co proponują bo kocur!

Jakie to było dobre! Sos słodko-kwaśno pomidorowy. Mięsko rozpływające się na języku. Czasem żałuję, że mam tylko jeden żołądek bo są pewne limity ilościowe, których nie jestem w stanie przeskoczyć. A takie jedno małe chapsnięcie widelca to dużo dużo za mało dla języka, a luzu w spodniach już brak. No ale jak chce się wcisnąć jeszcze deser to trzeba iść czasem po rozum do głowy.

Deser

I o to i ona. Królowa wieczoru, czyli maglowana przeze mnie od początku BEZA. Warianty smakowe to truskawka i malina. Ja zaparte szłam w truskawki, kelner natomiast w maliny. Swój wybór argumentował tym, że sezon na truskawki już jakby trochę minął więc nie są tak intensywne w smaku jak powinny być. Nastał czas malin. No rozumiem, rozumiem, nie mowie, że nie. Ale co pan zrobisz, skoro już zdecydowałam. Miał na mnie sposób: „Wie Pani co? Ja lubię mieć rację. Udowodnię więc, że ją mam. Podam Pani tą truskawkową, a ode mnie tę malinową i wtedy przyzna mi Pani rację i będzie żałować.” 😀 No czaisz? Tak to kelner może się ze mną droczyć 😀

Żalu nie było żadnego. Finał był taki, że ani ja, ani kelner nie mieliśmy racji. Obie zwyczajnie pozamiatały! Idealnie chrupka na zewnątrz i miękka w środku. Masa (jak sądzę) ze śmietany i mascarpone to istny eden. Drogi mężczyzno, kiedy kobieta jest na Ciebie zła, bądź ma intensywny PMS, rzuć w nią TĄ bezą! Wszystkie złe dni i troski odejdą w niepamięć 🙂

nyska

I jeszcze Nyska taka szalona!

Takie wyjścia i tak celne strzały kulinarne kwituję zawsze dwoma słowami „Kryste Panie”! W takich miejscach nie żałujesz nawet złotówki. Wręcz krzyczysz do kelnera- wyczyść mi tą kartę, czy tam inny portfel. Warto bardzo. Dla smaku, klimatu, widoków, spaceru. Oprócz Warszawy Wschodniej jest jeszcze Ćma oraz Warszawski Sen. Są na szamkowej liście do odwiedzenia. Niebawem pewnie będę je odhaczać. Także in touch. Złapiemy się tutaj 🙂

13 comments Add yours
    1. Nie sądzę. Słyszałam opinie o napompowanych cenach lecz się z nią nie zgodzę. Odwiedzałam restauracje, gdzie jest znacznie drożej i znacznie gorzej 🙂 Tutaj nie mam żalu na żadną wydaną złotówkę! Baa! Jeszcze zostawiam napiwek. Warto, warto.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *